26 mar 2019

Najdalsze podróże to te do siebie i do drugiego człowieka.

Najdalsze podróże to te do siebie i do drugiego człowieka.
Jak bardzo to, co nas spotyka nie wydawałoby się bez sensu, o tym że takie nie jest dowiadujemy się dopiero po czasie. Z tego samego powodu staram się profilaktycznie robić krok wstecz, poszerzać perspektywę i łapać ostrość. Jesteśmy wypadkową spotkań, jakich doświadczamy na drodze życia. Można objechać cały świat, a i tak najdalsze podróże to te do siebie i do drugiego człowieka.

Miał na imię Lucjan, 2x tyle lat co ja i spojrzenie kogoś, kto ma przed sobą wszystko. Miał też uśmiech, który zwiastował przygodę i przepis na szczęście rozpisany na 3 stronach A4, które nosił w kieszeni, a w nim takie zdanie "Szczęście jest jak podróż, a nie jak cel". Zaczęło się na przystanku, skończyło na wspólnym obiedzie i trwającej do teraz znajomości. Mówił tak głośno, jakby chciał podzielić się sobą z całym światem, a radością i energią mógłby otwierać drzwi nawet bez klucza. Dzieliło nas dobre 40 lat, które on spędził na ziemi jeszcze nieskalanej moim istnieniem, a łączyło tyle, że nie do wiary, że nie przybyliśmy tutaj razem. Ja miałam gorszy czas, on sposób na lepsze życie, on miał wiele do powiedzenia, ja do wysłuchania. Musieliśmy na siebie trafić.

Dogania mnie wiekiem i mieszka ulicę ode mnie, a poznaliśmy się dopiero w internecie. Nosi go po świecie, w życiu zanurzony po koniuszek duszy, orędownik dobrej nowiny, któremu zuchwałość wystaje z kieszeni. Uśmiechem topi serca wszystkich napotkanych kobiet, dobrem i otwartością stopił moje. Złożony z miłości, mądrości i żelków Haribo. Prawdziwy diament pośród ludzi, który nokautuje poczuciem humoru i podejściem do życia, który ma swoje wariactwa, ale najbardziej wariacką radość rozdaje tak intensywnie, że wyrył mi ją na twarzy na dobre i teraz wisi mi botoks. Jego świat jest tak jasny, że boję się, że mogłabym mu przez przypadek nanieść błota. Nieważne jak bardzo można mieć zły dzień, jego przeciwieństwem będzie Igor. Przezimowałam w Polsce w tym roku, ale jak spotkałam Igora to zrozumiałam, dlaczego. Wspólnych zachodów słońca mamy już pełne garści, radości i zbieżnych myśli całe stosy.  Nie wierzę w przypadki, więc może lata pisania bloga były po te zachody i po tego człowieka, tak jak po tych wszystkich, którzy stanęli na mojej drodze, abyśmy mogli się wzajemnie obdarować, dzięki temu, że pewnego dnia weszłam do sieci i odpaliłam stronę złożoną z własnych myśli. Kiedy zakładałam blog nie mogłam o tym wiedzieć. Teraz wszystko jest, aż nadto czytelne.

Dusze rozrzucone po naszej planecie muszą mieć swoje własne mapy, które prowadzą ich do pobratymców. Na 7,5 mld ludzi mamy szansę poznać zaledwie ich znikomą ilość, a jednak część z nich poruszy najczulsze struny w naszym sercu. Jeśli to nie jest magia to nie wiem co nią jest.

Wierzę w ludzi, którzy stają na naszej drodze nie bez powodu, w ścieżki przecinające się w określonym celu. Czas to najcenniejsze co mamy i to z kim go podzielimy to nasz ogromny przywilej. Gdybyśmy tylko mogli zawsze zatrzymywać się tam gdzie chcemy i darować siebie komu chcemy. Za mało czasu, za mało nas, za dużo mijania się bez celu i słowa. A ja tak bardzo ufam tym urywkom rzeczywistości, które dzielimy z drugim człowiekiem i które z pozoru bez znaczenia potrafią odmienić nasze całe życie, bogacąc nas nie w papiery, ale w bliskość nie do przecenienia.
Najdalsze podróże to te do siebie i do drugiego człowieka.Najdalsze podróże to te do siebie i do drugiego człowieka.
Najdalsze podróże to te do siebie i do drugiego człowieka.
Najdalsze podróże to te do siebie i do drugiego człowieka.
Najdalsze podróże to te do siebie i do drugiego człowieka.
Brakuje mi na tym świecie czystej miłości. Takiej, że człowiek za człowieka, że prawdziwie i do końca, że Ty i ja. Świat przypomina klinikę kardiologiczną, tyle dookoła złamanych serc. Roztrzaskanych, w strzępach, pełnych pomyłek co do innych i do siebie. Mam wątpliwości czy da się je wszystkie zreanimować. Można zaklajstrować niewielkie pęknięcia, ale czy rozpadliny o rozmiarach tych, którzy kazali nam stanąć nad przepaścią? Szyć trzeba będzie, łatać, gipsować i szpachlować, aby Ci co przyjdą nie przestraszyli się tego, co zastaną. Tego co z nas wszystkich zostało.

Nie kochamy samych siebie i siebie wzajemnie z tylu niewłaściwych powodów. Za kolor skóry, za objętość w pasie, za braki i nadmiary czy za to, że ktoś wie lepiej, kto nas powinien ogrzewać w łóżku i od środka. Także dlatego, że urządzamy z miłości licytację wydzielając ilości, jakie ktoś powinien nam dać, aby też móc coś od nas otrzymać. Tak, jakby istniał jakikolwiek powód do miłości. A mądrzejsi prawili - "Nie żyje się, nie kocha i nie umiera na próbę." - J.Paweł II.

Niby nie ma nic na zawsze, ale ja chcę myśleć, że to nieprawda. Mam w sobie takie miejsca i jest w nich właśnie to wszystko. Miłość, która nigdy się nie kończy, jedynie zmienia swoje oblicze, ludzie, którzy pojawiają się znikąd, a zostają na dobre, słowa i gesty, które przyczepiają się do mnie niczym rzep i trwają, nawet jeśli już dawno porzucone i bezpańskie, wartości, które dla ogółu umarły tak dawno, że wyrosły na nich chryzantemy, a mnie nadal prowadzą. To dzięki nim jestem rycerzem własnych losów, czy raczej rycerką?

Jestem ostatnio trochę zapracowana. Tropię szczęście, głównie w sobie. Pukam, ale nie chce mi otworzyć. Najszerzej na stopę w drzwiach, wciąż nie na oścież. Nieufne cholerstwo. 

Zwiedzam dużo, ale tylko własne wnętrze. Wolne od zła i zawiści, ubrana tylko w uśmiech, niczym w prochowiec nieprzemakalny od łez. Pod powiekami mam tylko to, co proste i utkane z prawdy, jak otwieram oczy to ślepnę. Przemierzam długie korytarze i trafiam na zaułki bez wyjścia. Błądzę po świecie, który noszę w sobie z nadzieją, że w końcu znajdę odpowiedź, albo ktoś mądrzejszy stworzy GPS, który poprowadzi mnie prosto do siebie, bo inaczej mogę bez końca łazić w kółko i gonić własne cienie. Póki co za nawigację robią mi inni, Ci co wiedzą, widzą, czują i rozumieją to co na mnie jeszcze czeka. 

Szczęście to dla mnie 2 strony tej samej monety. Czasami to odpowiedni człowiek, innym razem brak nieodpowiedniego. To spokój, miejsce, albo chwila, która wypełnia po brzegi, kiedy patrzysz i widzisz jak przeszłość wita się z przyszłością i rozdaje odpowiedzi, że wszystko robisz dobrze. Nawet jak robisz źle to też dobrze, bo tylko tak możesz zrozumieć. Szczęście przypomina psa, który leży na posłaniu, a jego postawa wyraża wyłącznie miłość, akceptację i odpuszczenie równie mocno innym, co samemu sobie. Tak zwyczajne, że aż niezwykłe, dlatego raz jestem w epicentrum tego uczucia, a innym całą galaktykę od niego. Obecnie na odległość podróży międzyplanetarnej, ale przecież każda podróż musi się kiedyś skończyć. Wtedy wrócimy do siebie.

Zawsze pragnęłam mieć życie, na które niezależnie od wieku nie bałabym się spoglądać wstecz. Życie, które wypełniałoby mnie wspomnieniami unoszącymi kąciki ust i poczuciem, że żyłam po swojemu i wystarczająco mocno. Wystarczająco dla mnie, wyrosłam z wyścigów do poczucia ważności, o ile kiedykolwiek się do nich urodziłam. Nie pragnę być lepszą od innych, pragnę być równie dobrą, co my wszyscy. Być wystarczającą w obecnych czasach to wielka sztuka, nie ma na to przyzwolenia. Zawsze jest się za słabą, wszędzie i na wszystko. Taka rzeczywistość.

To co niezmiennie fascynuje mnie w życiu to szanse, które mi daje. To, że jednego dnia prowokuje do kapitulacji, aby następnego włożyć mi miecz do ręki. Jak wyjść na prostą, kiedy masz wrażenie, że życie składa się z samych zakrętów? Ja wtedy idę pod górę, na przełaj, byle jak najdalej stąd, tam gdzie wartości życia nie przelicza się na pieniądze, bo te na szczycie góry do niczego się nie przydają, Ja przeliczam na wspomnienia. Wtedy czuję się najbogatsza w kosmosie, nawet w kolejce do pośredniaka.

Wybrałam się ostatnio w Karkonosze. Sama ze sobą, miałyśmy do pogadania. Sobota jeszcze leniwie drzemała, i nie zdążyła rozlać się po szarych komórkach, kiedy pomaszerowałam w stronę słońca, Akurat wyjrzało zza chmur i zaprosiło mnie do zabawy w berka. W powietrzu czuć było jakoby końcówkę zimy, a może tylko moja niecierpliwa wyobraźnia pytała czy to już. Poszłam sprawdzić czy góry to nadal naturalny antydepresant i czy wystawią mi receptę, zanim zachoruję przewlekle. Wystawiły.

Wiem, że szczęście samo nie przychodzi, trzeba o nie popytać. Za moje odpowiadają sprawne nogi, czyste powietrze, dobre dusze spotykane po drodze, niebo bez limitów i krajobraz, który ledwo obejmuję wzrokiem, ale sięgam sercem. Tak właśnie miewam górach. W większości, nie we wszystkich, bo jak coś jest wszędzie to przestaje być cokolwiek warte. 

U góry chodzę ścieżkami wolnymi od ludzi, myślami poleruję przestrzeń, a w samotności odnajduję siłę, która zabiera mnie do bezpiecznej przystani i robi miejsce na to wszystko, co już mnie wypatruje na mecie życia. Wracam silna, a dookoła dzieje się nicość. Nie docierają do mnie głosy z zewnątrz i nie tłamszą moich własnych historii. Tam dotykam esencji uporządkowanego rozgardiaszu, zwanego istnieniem. Przez tą krótką chwilę wydaje mi się, że wiem o co w tym wszystkim chodzi i że z pewnością nie o to, o co walczymy w kotłującej się codzienności. Kiedy tam jestem samo bycie mi całkowicie wystarcza, aż do momentu, kiedy trzeba wracać i znowu gonić świat, który jest wiecznie dokądś spóźniony.

A ja uwielbiam mozolić się przez życie z tym swoim "mam czas na wszystko". Na to, aby spoglądać innym głęboko w oczy, aż dogrzebię się do samej duszy, na rozmowy dotykające do szpiku kości, bez zbędnego pośpiechu, na niczym nieograniczoną obecność. Jak się pogubię to przypominam sobie, że wieczna nie jestem i że jak chcę mieć czas to mogę go mieć tylko póki żyję, a niezależnie od tego czy przetrwam 50 czy 100 lat to i tak mogę go nie mieć nigdy. To się nazywa odpowiedzialność za własne wybory. Wtedy się zatrzymuję, bo po co innego żyjemy, jeśli nie po to, aby się tutaj spotkać? Głupio byłoby się rozminąć z sensem życia tylko dlatego, że pomyliłam go z czymś innym, co chwilowo błyszczało mocniej, więc zobaczyłam je jako pierwsze.

Najdalsze podróże to te do siebie i do drugiego człowieka.
Najdalsze podróże to te do siebie i do drugiego człowieka.
Najdalsze podróże to te do siebie i do drugiego człowieka.
Najdalsze podróże to te do siebie i do drugiego człowieka.
Kiedy jest Ci źle w jakąś cichą ciemną noc, nie zapominaj, że nie jesteś osamotniony człowieku. Nigdy zupełnie sam. Jest nas tu miliony wyjących do księżyca na własna modłę. Możesz ocalić kogoś samym uśmiechem. Albo pozwolić ocalić siebie. I to nie jeden raz.

Uśmiech to moje Chanel nr 5. Dlatego zawsze mam jeden na sobie. A czasami nawet więcej, na cebulkę. Nigdy nie wiadomo, komu się przyda, kto i w jakim momencie po niego sięgnie. A wystarczy ten mały gest w kierunku kogoś, kto go pochwyci i już mamy skrawek wspólnej historii. Wszechświat jest przecież tak ogromny, a my trafiliśmy w nim właśnie na siebie. Magia zwyczajnych dni.

Jak powiedział Św. Augustyn z Hippony "Świat jest książką i ci, którzy nie podróżują, czytają tylko jedną stronę". Moim zdaniem jest jeszcze inaczej. Ci co nie podróżują czytają, ale bez zrozumienia, bo po to wychodzimy do świata i do innych ludzi, aby pomogli nam spotkać się  z nami samymi.

5 komentarzy:

  1. Ten tekst jest tak przeładowany dobrymi myślami, trafnymi słowami i potrzebnymi nam wszystkim impulsami, że chyba go wydrukuję, zakreślę w całości flamastrem i powieszę na ścianie :D! Uwielbiam to, jak patrzysz na świat i go interpretujesz! Może być kilka tekstów w roku, ale niech będą takie!

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziękuje za ten tekst właśnie dziś! Z życiowego rozdroża - pozdrawiam ;-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Chyba każdy powinien zadawać sobie raz na jakiś czas pytanie czym jest dla niego szczęście. Wtedy łatwiej jest je znależć ;) a góry mają absolutnie magiczną moc, zgadzam się z Tobą! pozdrawiam serdecznie uśmiechając się od ucha do ucha :))

    OdpowiedzUsuń
  4. Chyba potrzebowałam tego tekstu, dziękuję <3

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...